Pomimo tych rozterek nie ma co przesadzać i skoro mieszka się tu, a nie gdzie indziej, warto kupić dobre mrożone mule (albo w czwarek upolować świeże w sprawdzonym sklepie - czwartek dotyczy Warszawy) i wziąć się za najprostsze i pyszne danie.
Na około pół kilograma muli będziemy potrzebować 3 małe cebulki, przynajmniej 5 ząbków czosnku, kostkę bulionu warzywnego, szklankę wytrawnego białego wina, natkę pietruszki, pieprz oraz pół cytryny.
Kroimy cebulę w drobną kostkę i smażymy na oliwie bez rumienienia.
Gdy będzie gotowa dodajemy drobno posiekany czosnek i leciutko smażymy jeszcze chwilę.
W szklance gorącej wody rozpuszczamy kostkę bulionową. Do garnka wrzucamy mule, zalewamy szklanką wina i bulionem. Dodajemy przesmażoną cebulę i czosnek i dusimy przez około 10 minut. Doprawiamy pieprzem i solą (o ile jest to potrzebne). Na ostatnie minuty dodajemy posiekaną natkę pietruszki (oczywiście nie było natki w sklepie, więc tym razem zadowoliliśmy się świeżą, posiekaną bazylią...) oraz wyciskamy sok z połowy cytryny.
Mule najlepiej smakują z bagietką (dziś zakupiliśmy taką mrożoną do upieczenia z masełkiem czosnkowym...:) i z winem (gdy doda się do muli szklankę, to reszta akurat znika podczas gotowania i dalszej konsumpcji;) - dlatego nie warto brać zupełnie najtańszego.
Chociaż mule kojarzą mi się zdecydowanie z letnio-wakacyjnymi klimatami, to okazało się, że na zimową kolację też dają radę!
A trochę z innej beczki - ostatnio chodzą mi znów po głowie smaki włoskie, zwłaszcza że w lodówce siedzą jeszcze suszone pomidory i ser peccorino romano, które to moi rodzice przywieźli z Florencji... Jeszcze nie wiem, do czego je wykorzystać, a szukając inspiracji znalazłam na Sprawdźsię.pl zaskakujący test z wiedzy o kuchni włoskiej! http://www.sprawdzsie.pl/test/rozrywka/12
Nestety okażało się, że jeszcze bardzo mało umiem... Ale z drugiej strony czegoś się dowiedziałam i... kto wie, może kiedyś (niestety możliwe tylko latem!) zrobię faszerowane kwiaty dyni!!!









