Do papryki wkładam trochę szynki lub innej wędliny (pewnie smacznie byłoby wkroić kabanosy), troszeczkę masła. Wbijam jajko, dorzucam kilka kawałków sera brie, dodaję odrobinę soli i pieprzu. Na pewno pasowałby też szczypiorek!
piątek, 7 listopada 2014
poniedziałek, 3 listopada 2014
Pieczone buraki
Buraki są mistrzami jesieni! Trzeba jeść i korzystać. Dzisiaj (cudowny wieczór w kuchni :) ) piekę buraki z olejem, octem balsamicznym, czarną melasą i rozmarynem.
Buraki myję, obcinam górę i dół (czuprynkę i ogonek) i z lenistwa oczywiście nie obieram. Kroję jedynie w osemki lub coś w tym stylu.
Wykładam na polane olejem naczynia do pieczenia, posypuję rozmarynem i pieprzem, polewam octem balsamicznym, czarną melasą (zakup z M&S). I wstawiam do piekarnika na jakieś 40 minut w 200 stopniach.
Buraki pieką się niemiłosiernie długo, więc dolałam do każdej formki około pół szklanki wody. Piekłam jeszcze około 20-30 minut, ale w temperaturze ok. 180 stopni.
Buraki te są słodkie i dość chrupkie. Myślę, ze dobrze by sięmiały również ze świeżym rozmarynem i miodem. I zapewne dobrze wypadną z pokruszoną fetą lub z kozim serem...
Porterówka...
... czyli wódka o smaku kukułek! Pierwszy raz piliśmy ją u kolegi Łukasza. Później robiliśmy kiedyś sami... Aż zatęskniliśmy znów!
Składniki, których użyłam - sugerowałam się przepisem z tego bloga, którego zamierzam uważnie przestudiować pod kątem nalewek ;) ):
• 1 litr piwa porter (u mnie Żywiec, ale kiedyś robliśmy też bardzo smaczne z Okocimiem Palonym...)
• ½ litra spirytusu
• ok. 3/4 szklanki cukru białego
• trochę (dwie łyżki) cukru brązowego
• 2 cukry wanilinowe
Najpierw wlałam oba piwa do garnka i powoli podgrzewałam, aby się wygazowało.
Potem dosypałam cukry - mieszając, aby się rozpuściły. Lepiej kontrolować smak, aby nie było zbyt słodkie.
Gdy piwo będzie już wygazowane, cukry rozpuszczone - wyłącz gaz. Potem trzeba piwo odstawić do wystudzenia. Gdy będzie chłodne - można dolewać spirytus. Wymieszać i przelać do butelek. I najlepiej dobrze schować!
Nalewka powinna sobie w spokoju odstać ze dwa tygodnie, chociaż w praktycie jest z tym trudno, bo jest bardzo smaczna i właściwie od razu smakuje och tak dobrze! ;)
PS. Jeśli wytrzyma, to będzie jak znalazł na Święta...
Składniki, których użyłam - sugerowałam się przepisem z tego bloga, którego zamierzam uważnie przestudiować pod kątem nalewek ;) ):
• 1 litr piwa porter (u mnie Żywiec, ale kiedyś robliśmy też bardzo smaczne z Okocimiem Palonym...)
• ½ litra spirytusu
• ok. 3/4 szklanki cukru białego
• trochę (dwie łyżki) cukru brązowego
• 2 cukry wanilinowe
Potem dosypałam cukry - mieszając, aby się rozpuściły. Lepiej kontrolować smak, aby nie było zbyt słodkie.
Gdy piwo będzie już wygazowane, cukry rozpuszczone - wyłącz gaz. Potem trzeba piwo odstawić do wystudzenia. Gdy będzie chłodne - można dolewać spirytus. Wymieszać i przelać do butelek. I najlepiej dobrze schować!
Autoportret w butelkach porterówki
Nalewka powinna sobie w spokoju odstać ze dwa tygodnie, chociaż w praktycie jest z tym trudno, bo jest bardzo smaczna i właściwie od razu smakuje och tak dobrze! ;)
PS. Jeśli wytrzyma, to będzie jak znalazł na Święta...
Konfitura jarzębinowa z gruszką
Mój Ukochany nakazał mi opróżnić zamrażalnik z jarzębiny, która zalegała tam od jakiś 2 lat... Zerwana dawno temu, miała po zamrażalniku zostać konfiturą. Była cierpliwa, więc właśnie się nią staje...
Dzisiaj Ukochany zaupił gruszki. Skroiłam jedną, dorodną sztukę w drobną kostke i dorzuciałam do gotującej się ponownie jazębiny.
I tak, po raz kolejny już (drugi dzisiaj) podgrzewam, odparowuję i czekam na moment, aż będzie gotowe do przełozenia do słoiczków i odwrócenia do góry nogami :)
A tak wyglądają konfitury dzień później, ponownie smażone i gorące włożone do przygotowanych wcześniej małych słoiczków.
Konfitury lubią stać do góry nogami...
Po rozmrożeniu i obraniu okazało się, że jest około 650g jarzębiny. I wtedy zaczęłam szukać przepisu. Znalazłam taki - zaciekawił mnie ze wzlędu na gruszkę :) Wrzuciłam zatem pierwszego wieczora jarzębinę na patelnię, zalałam szklanką wody i zasypałam szklanką cukru.
Zagotowywałam wczraj około trzech razy i pozwalałam spokojnie odparowywać (pewnie za każdym razem około 20 minut).
Dzisiaj Ukochany zaupił gruszki. Skroiłam jedną, dorodną sztukę w drobną kostke i dorzuciałam do gotującej się ponownie jazębiny.
I tak, po raz kolejny już (drugi dzisiaj) podgrzewam, odparowuję i czekam na moment, aż będzie gotowe do przełozenia do słoiczków i odwrócenia do góry nogami :)
A takie śliczności dodają właśnie smaku jesieni!
A tak wyglądają konfitury dzień później, ponownie smażone i gorące włożone do przygotowanych wcześniej małych słoiczków.
Konfitury lubią stać do góry nogami...
Subskrybuj:
Posty (Atom)















