To kolejny przepis z mojej ulubionej książki o przetworach, o której już wspominałam. A że wciąż jest dobra pora na przetwory, to wzięłam się tym razem za śliwki na zimę.
Potrzebne są:
Kilogram śliwek, najlepiej węgierek
Ok. 5 szklanek octu jabłkowego
Ok. 14 łyżek cukru
4 łyżeczki soli
Liście laurowe - 6-8
Ziele angielskie - kilka/kilkanaście
Pieprz w ziarnach - kilka/kilkanaście
Słoiki
Śliwki nakrawamy tak, aby wyjąć pestki, ale żeby ich nie rozpołowić, i układamy w słoikach.
Ocet zagotowujemy i gdy jest już lekko przestudzony, zalewamy nim śliwki - tak, aby je przykryć całkowicie. Wtedy przychodzi pora na pasteryzowanie, ale od dłuższego czasu nie robię już tego jak kiedyś w garnku z wodą (koszmarna, długotrwała i u pierdliwa robota), tylko w piekarniku. Wstawiamy do piekarnika, ustawiamy temperaturę na 130 stopni i gdy piekarnik osiągnie już tę temperaturę, to zaczynamy odliczać godzinę. Po tym czasie można bezpiecznie schować śliwki do spiżarni lub do szafki (jak na zdjęciu - śliwki świetnie się dogadują z innymi przetworami na zimę!).
Z kilograma śliwek (minus kilka zjedzonych węgierek, co brzmi trochę jak z filmu o Hannibalu L.) wyszło mi sześć, niedużych słoiczków. I myślę, że bez problemu do octu można by też dodać trochę goździków...
piątek, 23 sierpnia 2013
środa, 21 sierpnia 2013
Pieczone pomidory
A o tych pomidorach już wspominałam wcześniej... tutaj.
Pieczone czerwone pomidory wzięły się z Gotuje, bo lubi i są rewelacyjne! Juz widzę całą masę możliwośći ich wykorzystania - do bruschetty na śniadanie, do makaronu (tak, tak - z pesto!), czy do sałatki z polędwiczką i szpinakiem....
Piekarnik nagrzałam do 180 stopni, a w międzyczasie pomidory umyłam, przekroiłam na połówki i wykroiłam zielone fragmenty. Ułożyłam je "brzuszkami" do dołu na blaszce przykrytej papierem do pieczenia, posypalam ziołami (oregano), odrobiną ostrej węgierskiej papryki, świeżo zmielonym pieprzem zielonym i polałam oliwą.
Temperaturę zminiejszyłam do 130 stopni i wtawiłam pomidory na jakies 3 godziny (były dość duże).
Upieczone juz pomidory przełożyłam do słoiczków, do każdego wycisnęłam duży ząbek czosnku, wpakowałam trochę liści bazylii i gałązkę rozmarynu i posypalam uprażonymi ziarnami słonecznika. Całość zalałam oliwą i wstawiłam do lodówki... I tylko czekam, kiedy je spałaszować!!!
Jabłka z malinami na kruchym cieście zapieczone pod piankową kołderką
No i nie wyszło.... Miała być szarlotka z bezą z White Plate , a wyszły... no właśnie... jabłka z malinami na kruchym cieście zapieczone pod piankową kołderką. Tak bym to określiła. Do przepisu oryginalnego mam trochę zastrzeżeń (chociaż na ogół uwielbiam White Plate), ale na szczęście wszystko było bardzo smaczne, więc raczej nie ma co się czepiać ;)
Po pierwsze potrzebne są poniższe składniki:
Na kruchy spód (ale moim zadniem wyszło go stanowczo za mało):
100 g masła
80 g cukru pudru
2 żółtka
160 g mąki
Na środek:
700 g jabłek (ja miałam niecały kilogram)
trochę wody
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka przyprawy do piernika
miód, najlepiej gryczany (w przepisie oryginalnym był cukier, ale miód gryczany smakuje zdecydowanie lepiej!)
dżem malinowy
maliny
Na piankę:
2 białka
ok. 2 łyżki cukru pudru
Zaczęłam od ustawienia piekarnika na 180 stopni i przygotowania jakbłek. Umyte pokroiłam w średnią kostkę (oczywiście bez obierania), wrzuciłam na patelnię, podlałam połową szklanki wody i przykryłam, aby się dusiły na dość dużym ogniu.
Oddzieliłam białka od żółtek i do miski zżółtakmai dodałam wszystkie składniki na kruche ciasto. Dałam jednak więcej mąki niż w przepisie, a ciasto i tak było mało kruche i zbyt mało go było, jak na wyłożenie proponowanej tortownicy o średnicy 24-26 cm. tzn. starczyło, ale tylko na sam spód, bez rantów. I jednak schłodzenie wyrobionego już ciasta w tym wypadku byłoby dobrym pomysłem...
Tak czy siak wyłożyłam blaszkę ciastem, ponakłuwalam widelcem i wstawiłam na ok 20 minut do piekarnika, żeby się przypiekło.
Do miękkich jabłek dodałam w tym czasie przypraw i miodu i zaczełam odparowywanie ich, aż do uzyskania konsystencji brązowawej paćki (pięknie pachnącej paćki, żeby nie było...).
Gdy kruchy spód zbliżał się do stanu oczekiwanej złocistości, ubiłam białka z cukrem pudrem na bardzo sztywną pianę. Gdy wyjęłam podpieczony spód, zrobiłam już wszytsko zgodnie z przepisem - posmarowałam ciasto dżemem malinowym, ulożyłam na tym maliny (ze średnim zagęszczeniem), potem ułozyłam paćkę jabłkową, a na sam wierzch - delikatnie szpatułką - pianę z białek.
Piekłam ok. 25 minut, aż pianka zrobiła się brązowawa.W "szarlotce" według przepisu była jeszcze kruszonka, ale stwierdziłam, że jednak co za dużo, to niezdowo. I chyba słusznie, bo inaczej ten deser miałby jeszcze dłuższą nazwę - Jabłka z malinami na kruchym cieście zapieczone pod piankową kołderką z kruszonką....
środa, 14 sierpnia 2013
Piersi kurczaka z wasabi i imbirem
Nie bardzo lubię piersi z kurczaka, więc kiedy juz przychodzi mi je jeść, bardzo wysilam swoje komorki mózgowe do wymyślenia jakiejś nowej wersji tego potwornie nudnego kawałka drobiu. Tym razem postanowiłam wkroczyć w nieco bardziej orientalne smaki, bo w lodówce zostało trochę wasabi i imbiru z weekendowego ucztowania przy sushi.
Piersi kurczaka rozkrojone na 4 części ułożyłam w formie do pieczenia i potraktowałam małą ilością oliwy z każdej strony. Z wierzchu posmarowałam je cienką warstwą wasabi.
Piersi obłożyłam z wierzchu plasterkami imbiru.
Całość zalałam przygotowanym wcześniej sosem - kubek jogurtu, świeżo mielony pieprz, sok z połowy cytryny, ostra papryka w proszku (przywieziona z Węgier) i kurkuma.
Tak przygotowane piersi piekłam 35 minut w ok. 200 stopniach.
Do kompletu były duszone warzywa - przesmażone na oliwie cebulę i czosnek dusiłam razem z puszką pomidorów, pokrojoną cukinią i odrobiną świeżej bazylii.
Piersi kurczaka rozkrojone na 4 części ułożyłam w formie do pieczenia i potraktowałam małą ilością oliwy z każdej strony. Z wierzchu posmarowałam je cienką warstwą wasabi.
Piersi obłożyłam z wierzchu plasterkami imbiru.
Całość zalałam przygotowanym wcześniej sosem - kubek jogurtu, świeżo mielony pieprz, sok z połowy cytryny, ostra papryka w proszku (przywieziona z Węgier) i kurkuma.
Tak przygotowane piersi piekłam 35 minut w ok. 200 stopniach.
Do kompletu były duszone warzywa - przesmażone na oliwie cebulę i czosnek dusiłam razem z puszką pomidorów, pokrojoną cukinią i odrobiną świeżej bazylii.
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
Bardzo czosnkowe pesto z liści rzodkiewki
Nie lubię marnować jedzenia. Dlatego kiedy ostatnio kupiłam pęczek rzodkiewki z pięknymi, okazałymi liśćmi, zaczęłam sie zastanawiać, jak można je wykorzystać. Wujek Google jak zawsze okazał się pomocny i otworzył przede mną wrota nieskończonych możliwości kulinarnego zaanektowania liści rzodkiewki! Zupa, smażone liście w cieście naleśnikowym i mnóstwo mnóstwo innych!
Do mnie jednak najbardziej przemówił pomysł na rzodkiewkowe pesto... Połączyłam w jedno dwa fantastyczne przepisy - jeden stworzony przez Anię od polskich truskawek, a drugi przedstawiła na swoim blogu Bea w kuchni.
Na swoje pesto zużyłam:
- liście z jednego pęczka rzodkiewek
- opakowanie pistacji (ok. 120g)
- ziarna słonecznika (tyle, ze przykryły dno patelni o średnicy ok. 20 cm)
- pęczek szczypiorku
- 4 ząbki czosnku (było bardzo czosnkowe)
- garść startego sera pecorino romano (przywieziony przez rodziców z Włoch... pycha!)
- sól i pieprz
- oliwa
Zaczęłam od wyłuskania pistacji i utłuczenia ich w moździerzu (nowy zakup kuchenny :-) ). Uprażyłam też ziarna słonecznika i umyłam liśćie rzodkiewki, żeby pozbyć się możliwie najwięcej piachu... Posiekałam wstępnie liście i szczypiorek (warto się do tego przyłożyć, bo potem może być ciężko wszystko zblendować). Dorzuciłam ząbki czosnku pokrojone na kilka części, pistacje i słonecznik, starty ser, zalałam oliwą (około 3 łyżek) i zaczęłam miksować. Potem dodałam więcej oliwy, aby miało wszystko ładną, oczekiwaną konsystencję.
Do mnie jednak najbardziej przemówił pomysł na rzodkiewkowe pesto... Połączyłam w jedno dwa fantastyczne przepisy - jeden stworzony przez Anię od polskich truskawek, a drugi przedstawiła na swoim blogu Bea w kuchni.
Na swoje pesto zużyłam:
- liście z jednego pęczka rzodkiewek
- opakowanie pistacji (ok. 120g)
- ziarna słonecznika (tyle, ze przykryły dno patelni o średnicy ok. 20 cm)
- pęczek szczypiorku
- 4 ząbki czosnku (było bardzo czosnkowe)
- garść startego sera pecorino romano (przywieziony przez rodziców z Włoch... pycha!)
- sól i pieprz
- oliwa
Zaczęłam od wyłuskania pistacji i utłuczenia ich w moździerzu (nowy zakup kuchenny :-) ). Uprażyłam też ziarna słonecznika i umyłam liśćie rzodkiewki, żeby pozbyć się możliwie najwięcej piachu... Posiekałam wstępnie liście i szczypiorek (warto się do tego przyłożyć, bo potem może być ciężko wszystko zblendować). Dorzuciłam ząbki czosnku pokrojone na kilka części, pistacje i słonecznik, starty ser, zalałam oliwą (około 3 łyżek) i zaczęłam miksować. Potem dodałam więcej oliwy, aby miało wszystko ładną, oczekiwaną konsystencję.
Pesto wyszło bardzo czosnkowe i oczywiście nie pozwliłam mu długo czekać na konsumpcję ;-) już następnego dnia zorganizowałam kolecję z okazji powrotu z wakacji rodziców i babć. W roli głównej było razowe spaghetti z moim pesto i pieczonymi pomidorami ( kolejny rewelacyjny przepis z bloga Gotuje, bo lubi) oraz z pieczonymi polędwiczkami. Było bosko!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















