Niedawno słuchałam bardzo przyjemnej audycji - o jęzku polskim i jedzeniu. I o książce Jerzego Bralczyka "Jeść!!!". Sam autor był z resztą gościem audycji. Poruszony zotał w niej temat lunchy, brunchy, dinnerów itd. Czyli tego, z czym sama mam problem - kopiowaniem zagranicznych słów. Nie lubię teg, staram się tego nie robić, ale... nie zawsze się da.
Przykładem takiego słowa, którego odpowiednik ciężko u nas znaleźć, jest LUNCH. Bo przecież lunch nijak ma się do naszego, solidnego i obfitego obiadu! Jak zapraszam gości, to jasne, że będziemy jeść wspólnie obiad - najchętniej trzydaniowy - z przystawką, daniem głównym i deserem. Ale podczas upalnego dnia, około południa to jednak jem coś, co nazywam lunchem. Jak dziś!
Francuski kozi ser chevrette, bułka toskańska, borówki amerykańskie (chociaż polskie) i kieliszek chilijskiego Chardonnay.
Nic w tym nie ma polskiego, więc może to też usprawiedliwia nazwę "lunch" ;-)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz