To kolejny przepis z mojej ulubionej książki o przetworach, o której już wspominałam. A że wciąż jest dobra pora na przetwory, to wzięłam się tym razem za śliwki na zimę.
Potrzebne są:
Kilogram śliwek, najlepiej węgierek
Ok. 5 szklanek octu jabłkowego
Ok. 14 łyżek cukru
4 łyżeczki soli
Liście laurowe - 6-8
Ziele angielskie - kilka/kilkanaście
Pieprz w ziarnach - kilka/kilkanaście
Słoiki
Śliwki nakrawamy tak, aby wyjąć pestki, ale żeby ich nie rozpołowić, i układamy w słoikach.
Ocet zagotowujemy i gdy jest już lekko przestudzony, zalewamy nim śliwki - tak, aby je przykryć całkowicie. Wtedy przychodzi pora na pasteryzowanie, ale od dłuższego czasu nie robię już tego jak kiedyś w garnku z wodą (koszmarna, długotrwała i u pierdliwa robota), tylko w piekarniku. Wstawiamy do piekarnika, ustawiamy temperaturę na 130 stopni i gdy piekarnik osiągnie już tę temperaturę, to zaczynamy odliczać godzinę. Po tym czasie można bezpiecznie schować śliwki do spiżarni lub do szafki (jak na zdjęciu - śliwki świetnie się dogadują z innymi przetworami na zimę!).
Z kilograma śliwek (minus kilka zjedzonych węgierek, co brzmi trochę jak z filmu o Hannibalu L.) wyszło mi sześć, niedużych słoiczków. I myślę, że bez problemu do octu można by też dodać trochę goździków...





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz